Mijały kolejne godziny, a ja siedziałam na podłodze w pokoju, oparta plecami o łóżko. Mój mózg w dalszym ciągu przetwarzał uzyskane informacje. Naprawdę nie wiedziałam co o tym myśleć. Ashton nie był mi obojętny, to oczywiste, ale nie potrafiłam sprecyzować swoich uczuć. Poza tym nigdy nikt nie powiedział, albo tak jak w tym przypadku napisał, nic takiego, bo tak jak już kiedyś wspominałam ludzie ze szkoły ograniczali się do znajomych, żadnych bliższych kontaktów.
Ashton.
Zdecydowanie to osoba, która potrafiła szybko namieszać w życiu. Skąd mam mieć pewność, że nie blefuje? Może to jakiś zakład? Może...
Za dużo pytań nasuwało mi się do głowy więc chcąc je odgonić sięgnęłam po telefon. Była już 18. Mecz skończył się jakieś 2 godziny temu. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, że się tam nie zjawiłam, ale nie wiem czy potrafiłabym spojrzeć mu w oczy.
Nie mając co robić, już miałam zadzwonić do Caroline i zapytać się czy gdzieś razem pójdziemy, lecz w ostatniej chwili zrezygnowałam. Przypomniałam sobie, że w mieście jest jakiś festiwal lata czy coś z tych rzeczy więc teraz pewnie z całą paczką są w wesołym miasteczku. Nie chciałam im przeszkadzać.
Babcia jakąś godzinę temu oznajmiła mi, że położy się wcześniej, bo jakoś nie czuje się najlepiej i po 20-minutowych zapewnieniach, że wszystko jest okay, i po prostu się przemęczyła, zeszła do sypialni.
Tak więc zostałam sama. Nie miałam nawet z kim porozmawiać. Tego wieczoru potrzebowałam tego najbardziej. Pierwszy raz potrzebowałam mieć u boku kogoś, komu mogłabym powiedzieć wszystko, co siedzi w mojej głowie, ale niestety, byłam zdana sama na siebie.
Zrezygnowana zeszłam do kuchni w celu zaparzenia sobie miętowej herbaty. To zawsze poprawiało mi humor. W całym domu panowała ciemność więc musiałam się nieźle namęczyć szukając włącznika światła. Gdy już kuchnia była w pełni oświetlona mój wzrok skierował się na stół, a raczej na to, co się na nim znajdowało. Piękna, czerwona róża, a pod nią biała koperta. Na moich ustach mimowolnie ukazał się uśmiech. Nie zastanawiając się nad tym, jak te dwie rzeczy znalazły się w tym właśnie miejscu, sięgnęłam po kopertę i wyjęłam z niej niewielkich rozmiarów liścik.
'Płatki róż wskażą Ci drogę do mnie.'
Konsternacja na mojej twarzy była tak prosta, widoczna i oczywista jak budowa cepa. Przez kilka minut tępo wpatrywałam się w ten jakże idealny kwiat, zastanawiając się nad sensem tego wszystkiego. I doszłam do wniosku, że chyba za dużo myślę.
Więc tym razem nie zastanawiając się zbyt długo, założyłam pierwsze, lepsze trampki i starając się być jak najciszej, w różą w ręku, wymknęłam się z domu. Jak się okazało, słowa napisane na kartce były prawdą. Trawnik mojej babci aż po drogę główną wyłożony był czerwonymi płatkami. Ale na tym nie koniec. Wyszłam na chodnik przed domem. Ten też cały mienił się odcieniami czerwieni. Idąc cały czas wzdłuż, zauważyłam, że kieruję się do wesołego miasteczka. Pokręciłam głową. To takie banalne i pomysłowe zarazem. Ale nie zatrzymałam się. Zrobiłam to dopiero przed wejściem na ten, że tak to nazwę, jeden, wielki, ogromny plac zabaw. Tam moja różana droga się urywała. Stanęłam w kolejce po zakup biletu i po dość niedługim czasie byłam po drugiej stronie bramki. Bezradna, zaczęłam rozglądać się na boki, nie wiedząc co dalej ze sobą począć. Nagle poczułam czyjąś obecność za plecami, a już po chwili przed oczami widziałam tylko ciemność. Ktoś zasłonił mi je ciemną chustą, która niestety nie przepuszczała żadnego światła. Poczułam jedynie kobiecą dłoń na plecach, która lekko popychała mnie do przodu. Nie bałam się. Podświadomie wiedziałam, że zupełnie nie mam czego.
- Gdzie mnie prowadzisz, kimkolwiek jesteś? - zapytałam w pewnym momencie, ale nie dostałam odpowiedzi.
Ktokolwiek to był, zupełnie zignorował zadane przeze mnie pytanie. Nie wiem ile czasu tak szłam, ale szum i zgiełk wesołego miasteczka zostawał za mną, i zdałam sobie sprawę, że wyszliśmy poza jego teren. Postanowiłam nie zadawać pytań, bo wiedziałam, że i tak nie doczekam się odpowiedzi. Moim celem było wytrwanie do końca tego przedstawienia.
Nagle stanęliśmy, a opaska, którą miałam na oczach, została rozwiązana. Chwila minęła zanim mój wzrok przyzwyczaił się, a jeszcze dłuższa chwila zanim mój mózg przetrawił to, co zobaczyłam.
Przede mną rozciągała się jakaś łąka lub polana, to nieistotne. Na samym środku, tuż przede mną, z cudownie pachnących, waniliowych świec, poukładany był napis. Napis, przez który po przeczytaniu, na moich policzkach pojawiły się strumienie łez. Przyłożyłam drżącą dłoń do ust, nie mogąc uwierzyć w to co widzę.
- Kocham Cię.
Osoba stojąca za mną wypowiedziała na głos słowa, które ukazane zostały przez płonące świece. Zmusiłam swoje ciało, aby odwróciło się w tamtym kierunku.
- Ashton.. - wyszeptałam, a do moich oczu napłynęło więcej łez.
Stał tam.
Stał z tym swoim cudownym uśmiechem, karmelowymi oczami i ogromnym bukietem czerwonych róż.
- Okradłeś wszystkie kwiaciarnie na kontynencie? - zaśmiałam się analizując w głowie to wszystko.
- Jeśli trzeba, okradnę cały świat. - wyszeptał ledwo słyszalnie, zbliżając się do mnie powoli.
Jego oczy cały czas skupione były na mojej osobie.
- To jest.. wspaniałe. I szalone. - powiedziałam, odbierając od niego bukiet.
- Nie przyszłaś na mecz, nie odpowiedziałaś na sms. Musiałem coś zrobić.
Starając się nie zgnieść podarunku, wtuliłam się w jego ciało.
- Przepraszam. - wymamrotałam.
- Nie masz za co, Vic. To ja przepraszam, za wszystko. Dość już tajemnic.
Popatrzyłam na niego niepewnie.
- Jesteś pewien?
- Niczego, nigdy nie byłem tak pewien.
W tym momencie z samego centrum wesołego miasteczka wystrzelone zostały fajerwerki. W gwieździstą noc wyglądało to po prostu obłędnie.
- Wszystkiego najlepszego, skarbie. - wyszeptał mi tuż nad uchem, przyciągając bliżej siebie.
- Słucham? - spytałam zdziwiona.
- Dziś twoje urodziny, aniele. Mamy już kolejny dzień.
- Skąd wiedziałeś?
- Ja wiem wszystko.
Po tych słowach złączył nasze usta w tak bardzo tęsknym pocałunku, który przepełniony był wszystkimi możliwymi uczuciami. Oderwaliśmy się od siebie dopiero gdy zabrakło nam tchu.
Robiło się coraz później i coraz chłodniej. Ashton oddał mi swoją bluzę, ale nawet ona na niewiele się zdała. Około 2 w nocy postanowiliśmy wrócić do domów. Złapał mnie za rękę i wolnym krokiem prowadził ku parkingowi. Kątem oka zobaczyłam w cieniu drzew czyjąś sylwetkę.
Calum.
Ostatnie co zauważyłam przed wejściem do samochodu to jego smutne spojrzenie.